Pełni jadowitej ignorancji i źle ukierunkowanej żywiołowości. Polują przez całą dobę i wszystkie dni w tygodniu, wliczając niedziele i święta. Oddani jakiejś wzniosłej idei, niczego nie oczekują w zamian. Zawsze contra bono. Komentatorzy internetowi. Pojawiają się wszędzie tam, gdzie ktoś pełen wiary w ludzkość pozwoli na komentowanie wrzucanych w sieć tekstów, zdjęć, filmików i innych skarbów kultury Stanowią nieodłączny element sieci. Niszczącą działalność komentatorów obserwuję od dawna. Szczególnie pasjonują mnie ci zadomowieni na lokalnych portalach informacyjnych: czujni obywatele, językowi puryści i naiwni rozjemcy. Nie wiem jeszcze z czego to wynika, ale to akurat ich podgatunek sięga nierzadko absolutu internetowej sztuki wojennej.
Wystarczy wejść na dowolną stronę z lokalnymi informacjami z wybranego kawałka Rzeczypospolitej, taką w rodzaju: MMDąbrowa‐Górnicza.pl, BiałystokCity24.pl czy Metro‐Podjuchy.pl. Twórczość podmiejskich komentatorów, zwłaszcza zaś ich najbardziej drapieżnej odmiany – czujnych obywateli, przybiera niekiedy zaskakujące formy. Mogłoby się wydawać, że w pewnego rodzaju informacjach niemożliwym jest dopatrzeć się międzynarodowego spisku, wielomilionowej defraudacji albo rażącej niesprawiedliwości. Czyżby? W mieście rusza budowa nowego teatru? Oczywiście, zapowiadana już od kilkunastu lat, pewnie ktoś nieźle się nachapał przy przetargu, a w ogóle po co nowy teatr, skoro ludzie nie mają czego do garnka włożyć. Doktor inżynier z miejscowej uczelni wyższej wynalazł lekarstwo na raka? Akurat, i tak zaraz sprzedadzą patent na Zachód, koncerny farmaceutyczne odłożą pomysł na półkę, a w ogóle to ten rzekomy doktorzyna podobno ukradł projekt innemu profesorowi z Przemyśla, którego wujek był ubeckim oprawcą. A może, że w mieście budują nowy biurowiec? Hehe, a po co niby tyle biurowców? Pewnikiem latami będą stały puste, potem zalęgną się w nich bezdomni, a na koniec budynek zostanie sprzedany za bezcen krewnemu obecnego burmistrza (od początku tak planowali). Błyskotliwi poszukiwacze prawdy potrafią powalić nawet najtwardszego.
Pozbawieni polotu czujnych obywateli, zamiast tego jednak niezmiernie irytujący, są językowi puryści (w języku Szekspira znani jako: grammar nazi). Prawdopodobnie każdy zdążył już usłyszeć, że kolejność liter w słowach nie ma znaczenia. Wysatrzcy żbey preiwzse i otntasie ltirey błyy na meisjcu, a rsetzę załtaiwą miganzce szcktzui wąnwertz gwoły. Zauważyłem nawet, że kiedy czytam dłuższe teksty z myślą by wyłapać literówki, idzie mi to niezmiernie ciężko. Zapewne dlatego nigdy nie sprawdziłem literówek w swojej pracy magisterskiej. Językowi puryści bez problemu znajdują jednak najdrobniejsze nawet błędy, by następnie móc z okrutną złośliwością powiadomić o nich autora publikacji i wszystkich czytelników poszkodowanych ortograficznym barbarzyństwem. Oczywiście, samym purystom nierzadko zdarza się popełniać literówki. Te natychmiast zostają odkryte przez purystów z wrogich frakcji i stają się przedmiotem burzliwych dyskusji, w których nie brakuje wyzywania się od Żydów i masonów.
Wspomnieć wypada jeszcze o naiwnych rozjemcach. Ci nieszczęśnicy, jadący już na oparach wiary w człowieka, zawsze tłumaczą cierpliwie czujnym obywatelom i językowym purystom, że ta cała ich pisanina nikogo nie interesuje. Że przecież tu chodzi o radosną nowinę o budowie nowego teatru, odkryciu remedium na raka lub nowej inwestycji w powierzchnię biurową. Że te literówki serio nie mają aż takiego znaczenia, a ich popełnienie nie czyni wcale z autora masona, chcącego zniszczyć polską mowę. Tak naprawdę, rozjemcy najbardziej mnie smucą. Zastanawiam się, czemuż to chcą oni wciąż czytać te wszystkie jadowite komentarze? Skąd czerpią siłę, by w daremnej walce próbować nawrócić lokalnych komentatorów na drogę rozsądku? Wreszcie, po co? Wygodniej przecież po prostu omijać komentarze wzrokiem. Mało tego! Moim zdaniem, najlepiej omijać wzrokiem w ogóle lokalne portale informacyjne. Czasem jednak nachodzi człowieka taka dziwna ochota… Jak na japoński horror, mimo że nie cierpi się strasznych filmów albo na tłustego kebaba w środku nocy po imprezie. Może w tej dziwnej ochocie tkwi źródło chcenia się internetowych komentatorów?
W ciągu każdego dnia – a już szczególnie dnia spędzanego w pracy – gromadzi mi się sporo spraw, o których zdecydowanie lepiej byłoby nie zapominać. Nie chce mi się też o nich pamiętać, poza tym… a jeśli ni z tego, ni z owego zapomnę, o czym miałem nie zapominać? Z tego powodu, od dłuższego czasu poszukiwałem porządnej listy zadań. Taka porządna lista zadań, musiałaby być dostępna z poziomu przeglądarki i smartfona, prosta graficznie, szybka i wygodna w obsłudze. Musiałaby być też pewna, ponieważ nie chciałbym z dnia na dzień stracić spisu wszystkich swoich zadań. Dotąd używałem Google Tasks, jednak wciąż coś mi nie pasowało. Rozwiązanie od wszechobecnego Google’a, było zaskakująco powolne i niewygodne w obsłudze. Pomimo intensywnego testowania, inne rozwiązania też nie przypadły mi do gustu. Raczej niespodziewanie, dziś jednak wreszcie znalazłem. Proszę państwa, oto myTinyTodo.
Skrypt myTinyTodo jest rozwiązaniem open source, całkowicie darmowym i przeznaczonym do instalacji na własnym serwerze. Instalacja jest banalna i sprowadza się do utworzenia bazy danych, skopiowania skryptu na serwer i podaniu w kreatorze konfiguracji danych do bazy. Konieczność posiadania dostępu do własnego serwera i przeprowadzenia instalacji może oczywiście zniechęcić wiele osób. W zamian jednak, użytkownik zyskuje względną pewność co do bezpieczeństwa i prywatności przechowywanych danych. Rzecz jasna, to ordynarna hipokryzja, bo słowa te pisze lojalny użytkownik Gmaila, Google Calendara, Facebook i szeregu innych skryptów reklamowych, ale jednak… czasem można poudawać Świadomego Zagrożeń i Życiowych Kwestii Prywatności Użytkownika Internetu.
Jakkolwiek darmowe, myTinyTodo posiada wszelkie możliwości, których można oczekiwać od listy zadań: ekspresowo szybkie dodawanie zadań oraz opatrywanie ich notatkami, dodawanie tagów i dat definitywnie już ostatecznego wykonania zadań, wygodne przeszukiwanie i filtrowanie listy według tagów… Wszystko jest na swoim miejscu, działa bez jakichkolwiek opóźnień i opakowane jest w ładny, minimalistyczny interfejs. Szczególnie pochwalić należy odrębny arkusz stylów dla wydruków, dzięki któremu na wydrukowaną listę zadań trafiają wyłącznie te jej elementy, które są przydatne w papierowej wersji. Wielka szkoda tylko, że brakuje aplikacji dla smartfonów, ale wersja na mobilne przeglądarki sprawuje się znakomicie. Nie muszę chyba dodawać, że polecam? Gdybym jeszcze znalazł podobnie przemyślnie wykonany kalendarz, byłbym wniebowzięty.
W kwietniu tego roku wydane zostanie GNOME w wersji 3.0. Najprawdopodobniej nie będzie to wydarzeniem medialnym, porównywalnym do premiery dowolnego magicznego produktu Apple, jednak ja, sami twórcy GNOME i pozostałych kilkunastu użytkowników Linuksa na świecie – nie możemy się już doczekać. Jeżeli drogi czytelnik czuje się w tym momencie zagubiony, czym prędzej objaśniam, że GNOME jest jednym z wielu dostępnych na Linuksy pulpitów, czyli – posiłkując się pewnym uproszczeniem – całością tych wszystkich okienek, paneli i barwnych ikonek, które widać po włączeniu komputera. Najnowsza wersja GNOME przynosi rewolucyjne zmiany, co jest ciekawe tym bardziej, że dotychczasowy rozwój tego pulpitu nie był zanadto spektakularny. Taki święty spokój był wygodny, ale… gdzie tu miejsce na przygodę?
GNOME w wersji 3.0 ma przynieść wiele nowości. Najbardziej widoczną z nich będzie oparcie nowego pulpitu o GNOME Shell, czyli taki zintegrowany mechanizm, służący do uruchamiania programów, zarządzania oknami i do paru innych rzeczy. Twórcy GNOME Shell to naprawdę dobrzy ludzie, toteż postarali się oni, by maksymalnie ułatwić każdemu zapoznanie się z aktualnym stanem prac nad ich projektem. Specjalnie przygotowany skrypt – zapewne niemożliwie skomplikowany i mądry – sam zajmuje się takimi kwestiami, jak pobranie najnowszych źródeł, przemyślenie życiowej kwestii zależności, kompilacja źródeł, instalacja… Straszne rzeczy.
Po pierwszym uruchomieniu GNOME Shell, widoczny jest pozbawiony ikon pulpit ze smutnym czarnym paskiem w górnej części. Zabawną rzeczą w tym pasku jest, że zegar – obowiązkowy przecież element – umieszczono na jego środku… Zapewne znajdą się ludzie, którzy nie wytrzymają takiej dawki szaleństwa. Po lewej stronie paska umiejscowiony został przycisk służący do przechodzenia do trybu zarządzania oknami i uruchamianiem programów a obok wyświetlana jest nazwa programu, którego okno aktualnie jest na wierzchu. Prawą stronę zajmują ikonki statusu systemu, pozwalające na zmianę podstawowych ustawień a także nazwa zalogowanego użytkownika, będąca jednocześnie przyciskiem menu zarządzania kontem.
Bardziej interesujący jest, wspomniany wcześniej, tryb zarządzania oknami i uruchamianiem programów, do którego przejść można klikając w przycisk na pasku, wybierając kombinację klawiszy na klawiaturze albo – co jest szczególnie wygodne – najeżdżając kursorem w lewy górny róg ekranu. W trybie tym, możliwe jest przesuwanie okien programów między wirtualnymi pulpitami, wyszukiwanie programów i ich uruchamianie. Wirtualne pulpity pozwalają na grupowanie okien programów na osobnych ekranach, dzięki czemu np. pisanie pracy magisterskiej i jednoczesne przeglądanie demotywatorów, YouTube’a i Joe Monstera, staje się nieprawdopodobnie komfortowe i wydajne. Przeglądanie programów możliwe jest z użyciem kategorii, jednak najszybsze jest ich filtrowanie przez wpisanie pierwszych liter nazwy programu lub jego opisu. Pewną niedogodnością jest wyświetlanie niepełnych nazw programów pod ikonkami, jednak niedoróbka ta w niedługim czasie ma zostać usunięta.
Pasek na lewym brzegu ekranu w trybie zarządzania oknami i uruchamianiem programów, zawiera listę ikon programów dodanych przez użytkownika do ulubionych a także programów aktualnie uruchomionych. Szczególnie spodobała mi się funkcja dostępna po kliknięciu prawym przyciskiem na taką ikonkę danego programu, kiedy to wyświetlane są wszystkie jego okna, niezależnie na którym wirtualnym pulpicie się znajdują. Twórcy GNOME Shell zdecydowali, że na pasku w górnej części ekranu nie będą wyświetlane nazwy wszystkich okien znajdujących się na pulpicie (jak ma to miejsce np. w Windowsach), ale tylko nazwa programu, którego okno jest w danej chwili na wierzchu. Takie nietypowe rozwiązanie wbrew pozorom nie jest uciążliwe, jednak pośrednio wymusza częstsze korzystanie z przełączania okien kombinacją klawiszy Alt i Tab.
W nowej wersji GNOME, znaczny nacisk ma zostać położony na kwestię powiadomień systemowych. Wyświetlane są one zawsze w dolnej części ekranu, mogą zawierać dodatkowe przyciski albo inne elementy interfejsu. Wyjątkowo interesująco zapowiada się możliwość szybkiego odpisywania na wiadomości otrzymane przez komunikator internetowy Empathy, poprzez wpisanie odpowiedzi w polu tekstowym już na powiadomieniu. Najeżdżając kursorem na prawy dolny róg ekranu, możliwy jest dostęp do starszych powiadomień ukrytych pod właściwymi ikonkami.
Od dawna uważam, że sporą niedogodnością w GNOME jest brak porządnego panelu sterowania. Obecne rozwiązanie, polegające na prezentowaniu poszczególnych okien konfiguracyjnych na okropnie długiej liście w menu – rozbitym w dodatku na niezbyt logiczne kategorie – jest przeokropnie niewygodne. Do nowego wydania pulpitu ma wreszcie trafić panel konfiguracyjny z prawdziwego zdarzenia, integrujący poszczególne okna konfiguracyjne pod postacią ikonek i wyposażony w wyszukiwarkę. Niektórych zapewne przerazi, że twórcom GNOME, w jakiś niewytłumaczalny sposób, udało się jeszcze bardziej ograniczyć możliwości konfiguracji. Wydawać się mogło, że nie jest to już możliwe… a jednak, dla chcącego nic trudnego. Mi zupełnie to nie przeszkadza, jednak krytyka tej kwestii na pewno będzie dość głośna. Jeszcze muszę coś zdradzić… samo GNOME Shell w tej chwili nie ma żadnych, kompletnie żadnych opcji konfiguracyjnych. ;)
GNOME Shell w obecnej postaci może wyglądać odrobinę ponuro, ewidentnie pozbawione jest pewnego połysku. Należy jednak pamiętać, że wciąż ulegają w nim zmianom kwestie zasadnicze, jak rozmieszczenie poszczególnych elementów interfejsu. Na ostateczne szlify nie nadszedł jeszcze czas, pomimo to już teraz dla GNOME Shell znaleźć można w internecie bardzo ciekawe tematy graficzne. Z czasem z pewnością będzie powstawać ich coraz więcej, bowiem do ich tworzenia wykorzystywany jest szeroko znany CSS.
W czasie testowania GNOME Shell, pomimo że używałem przecież wersji rozwojowej, program nie zaliczył ani jednej wywrotki. Również animacje przejść pomiędzy poszczególnymi funkcjami były całkowicie płynne, nawet na moim nie najnowszym już komputerze, w miejsce karty graficznej wyposażonym w zintegrowany wyrób zastępczy. Te rzeczy oczywiście cieszą i pozwalają mieć nadzieję, że użytkownicy GNOME, z chwilą wydania nowej wersji, nie zostaną zmuszeni do pełnienia zaszczytnej funkcji beta‐testerów. Niestety pewne obawy może rodzić, że w GNOME Shell zrywa się z wieloma tradycyjnymi założeniami, obecnymi w interfejsach popularnych systemów operacyjnych. Z pewnością wiele osób uzna proponowane rozwiązania za zbyt kontrowersyjne, mnie jednak zaskoczyła ich naturalność i minimalny czas potrzebny na przyzwyczajenie.
GNOME w wersji 3.0 trafić ma do nowych wydań większości głównych dystrybucji Linuksa, w tym do używanej przeze mnie Fedory (której wersja 15 zapowiadana jest na ). Na nowe GNOME już teraz czekam z niecierpliwością, wprowadzane zmiany zapowiadają się niezwykle interesująco. :)