Wolno

Jednak trochę żal

Zawsze zazdrościłem ludziom kreatywnym, potężnie zadziwiała mnie ich nieograniczona niczym… kreatywność. Wcale nie mam tu na myśli umiejętności malowania obrazów wywołujących łzawienie oczu czy budowy samobieżnej wyrzutni rakietowej z pudełka zapałek i rakiety do tenisa, choć przecież nikt rozsądny takimi talentami by nie pogardził. Na potrzeby tego wyznania, podziwiam szczerze zdolność organizowania sobie wypoczynku. Z niedowierzaniem patrzę na ludzi, którzy co chwilę, mogłoby się zdawać, jeżdżą na obchody rocznicy bitwy pod Grunwaldem, koncerty w Jarocinie, spływy kajakowe gdzieś w górach… Nie mogę powiedzieć, że się nudzę. Czas mam dokładnie wypełniony praktykami w kancelarii, jazdą na rowerze, czytaniem książek, imprezami czy innymi sympatycznymi okazjami, nawet nauką z nieokiełznanego dążenia do autodestrukcji. Mimo to, w głowie ciągle mi pobrzmiewa: trzeba mi wielkiej drogi / wśród wiecznie młodych bzów / na wszystkie moje złe bogi i niebogi z moich snów (rzecz jasna, w wykonaniu Raz, Dwa, Trzy z koncertu w studiu Trójki).

Mogę się pocieszać, że przecież dzięki takiemu melodyjnemu pobrzmiewaniu, mam możliwość ciągłego obcowania ze znakomitą muzyką. Niestety jednocześnie wywołuje ono u mnie szkodliwą ckliwość, na którą wolałbym sobie nie pozwalać. Źródłem problemu są oczywiście wspomnienia, dokładniej wspomnienie wyprawy rowerowej na Hel sprzed dwóch lat. To może wydawać się niezrozumiałe, ale z sentymentem odtwarzam w myślach: długie dziesiątki kilometrów, palący ból karku, ciężkie sakwy, gorączkowe szukanie miejsc na namiot, drogę powrotną spędzoną na pilnowaniu roweru przy kiblu w pociągu… Traumatyczne przeżycie? Nic bardziej mylnego, były też przecież: zjazdy serpentynami dróg, wymijanie niedzielnych turystów, odmachiwanie innym mijanym sakwiarzom, kąpiele w Bałtyku, przeprawa promowa z Helu do Gdańska i przede wszystkim zieleń, zieleń, zieleń… Tłumaczę sobie, że w tym roku nic nie wyszło i prawdopodobnie nie wyjdzie, ale już w następnym roku koniecznie i definitywnie coś wymyślę. Przecież mam mało czasu, we wrześniu czeka mnie niezamierzona poprawka z egzaminu, przecież i tak prawie codziennie jeżdżę na rowerze… Wszystko to jednak kiepskie wymówki, bo przecież gdybym był właśnie kreatywny, gdybym potrafił rzucić wszystko i pojechać po prostu przed siebie, byłbym teraz pewnie najszczęśliwszym i najbardziej obładowanym rowerzystą na świecie.