Niewiele brakowało
Miałem dobre chęci, mimo to prawie zamordowałem bestialsko swojego laptopa. Ostatnio wciągnęło mnie kilka gierek na Facebooku, z gatunku tych farmerskich, regularnie klikanych. Wszystkie te gierki oczywiście wykonane są we Flashu, który wycisnąłby resztki mocy nawet z klastra obliczeniowego międzygalaktycznych służb specjalnych. Ciągłe wycie wiatraczka przy procesorze przypomniało mi, że wypadałoby odkurzyć nieco wnętrze komputera. Ochoczo zabrałem się do roboty, w czasie sesji przecież każde zajęcie nabiera atrakcyjności, jednak z powodu nadmiernego entuzjazmu, popadłem w brawurę i pewna maleńka śrubka wpadła mi gdzieś głęboko do środka obudowy. Obawiałem się zwarcia, eksplozji i ewentualnego kolapsu czasoprzestrzeni przy włączeniu laptopa, uznałem więc za konieczne wydobycie zaginionej śrubki. Jak jakaś małpa z gałęzią w równikowej dżungli, przez pół godziny trząsłem obudową we wszystkie strony, jednak nic to nie dało. Pozostało mi tylko rozebrać laptopa na części pierwsze.
Odważnie poodkręcałem wszystkie śrubki, najróżniejszych długości i rozmiarów, po czym uświadomiłem sobie, jak trudno przy składaniu komputera będzie zgadnąć, gdzie która pasuje. Nie przejmowałem się tym zbyt długo, bo oto okazało się, że mimo pracowitego wykręcenia wszystkich śrubek, nadal nie mogę otworzyć obudowy. Przeszkodą okazało się kilka strategicznie umieszczonych zatrzasków, które są o tyle paskudne, że człowiek zwyczajnie nie wie, na ile może sobie pozwolić, żeby niczego nie połamać. Wreszcie udało się, moim oczom ukazała się nagusieńka płyta główna, jednak zaginiona śrubka nadal gdzieś się ukrywała. Odkręciłem nawet klapę z wyświetlaczem, odłączyłem kilka przeszkadzających mi kabelków, pozrywałem zaskakujące ilości taśmy klejącej… Mogłem już niemal z całkowitą pewnością stwierdzić, że poszukiwanej śrubki w środku komputera nie ma. Pozostało mi tylko zabrać się za składanie laptopa, czego perspektywa mniej więcej w połowie jego rozkręcania, zaczęła mnie przerażać.
Do tej pory nie wiem jak to możliwe, ale zdołałem się jakoś zorientować, w jaki sposób porozmieszczać te wszystkie najprzeróżniejsze kabelki i śrubki. Zadowolony z siebie i pełen obaw włączyłem laptopa… niestety na wyświetlaczu nie pojawił się obraz. Po gorączkowych poszukiwaniach źródła problemu okazało się, że w całej tej zawierusze przekrzywił się mikroskopijny drucik w gniazdku, które najwyraźniej odpowiada za przesyłanie obrazu. Precyzyjnym narzędziem przeznaczonym do zastosowań specjalistycznych – szpilką trzymaną w pęsecie, po wielu próbach wyprostowałem wreszcie drucik. Obraz trafił prosto do wyświetlacza, jak się jednak okazało, czekały mnie jeszcze niebywałe przygody z touchpadem i kartą Wi‐Fi. Po wyczerpującej walce, wszelkie części komputera trafiły tam, gdzie ich miejsce i nawet zaczęły razem działać. Jeśli się zastanowić, to zmarnowałem całe popołudnie, ale mogę za to z czystym sumieniem powiedzieć, że pracuję na własnoręcznie złożonym laptopie. :) Śrubka pewnie znajdzie się kiedyś, przy okazji.