Wolno

Wielokrotny pech

Pechowe przeciążenie ostatnich dni, dziś ostatecznie dało znać o swojej sile. Po wczorajszym, deszczowym i ponurym, wyjeździe rowerowym, postanowiłem skorzystać z trochę ładniejszej pogody. Nie siląc się na oryginalność, wyruszyłem nad Jezioro Głębokie. Jechało mi się z wiatrem i z górki, jednak już nad wodą, zaniepokoił mnie nagły spadek kondycji. Szybko się okazało, że wina nie leży po mojej stronie, ale jazdę utrudnia mi sflaczała tylna opona. Jako człowiek zawsze pełen nadziei, napompowałem ją tylko i pomknąłem dalej. Mknięcie nie potrwało długo, bo tym razem powietrze uszło jeszcze szybciej, w dodatku autentycznie cierpiałem, odbijając się boleśnie od wystających korzeni. Nie brałem nawet pod uwagę, zupełnie pozbawionej stylu, możliwości prowadzenia roweru do domu. Pozostało mi tylko znaleźć dogodne zejście do jeziora i zabrać się za łatanie dętki. Odkręciłem śruby mocujące koło do ramy i odpiąłem hamulec. Z tego odpięcia hamulca byłem mocno zadowolony, bo dotąd zawsze mi to umykało, a nie ma chyba niczego głupszego, niż mocowanie się z kołem, trzymanym przez jakąś tajemniczą siłę hamulcową. Wśród wszystkich tych czynności, wyglądałem widocznie na człowieka, który nie wie co robi. Na szczęście przejeżdżający rowerzyści rzucali życzliwie co chwilę: koło, dętka poszła!, złapał flaka, dzięki czemu pamiętałem przez cały czas, na czym dokładnie polega mój problem.

Długo mordowałem się tylko ze zdjęciem opony z obręczy, ale samo przebicie znalazłem od razu, dzięki starożytnej technice podtapiania dętki w wodzie. W pewne zakłopotanie wprawił mnie tylko fakt, że ilość łatek w naprawianej dętce, niebezpiecznie zbliża się do przekroczenia ilości samej dętki w dętce. Wdzięczny jestem młodzieńcom, którzy rozbili się niedaleko mnie i rozpoczęli trening wyczynowego picia wódki. Ich obecność mobilizowała mnie ku szybszej pracy, zaś pokrzykiwania: no pij!, to sport dla zawodowców, no dajesz to piwo!, na długo pozostaną mi w pamięci. Ruszyłem w stronę domu, nieco zirytowany jednak koniecznością grzebania w smarze. Humor zaraz poprawił mi inny rowerzysta, który na alei Wojska Polskiego postanowił się ze mną ścigać. Ku własnej złośliwej uciesze, mimo że nie spieszyłem się zanadto, swojego konkurenta szybko zostawiłem daleko z tyłu. Wiem oczywiście, że prawdziwą przyjemność dawać powinno współzawodnictwo z lepszymi od siebie i dążenie ku doskonałości, niestety jednak przyjemność taka rozsmarowana byłaby na długie godziny i setki przejechanych kilometrów. Przed domem spojrzałem na licznik, żeby przekonać się, czy przekroczyłem kolejną magiczną granicę… Widoczne na liczniku wyraźnie i bezwzględnie 4999 kilometrów, umocniło mnie w przekonaniu o prześladującym mnie pechu. Może powinienem był objechać kilka razy osiedle?